Dzisiejszego dnia, po południu, zobaczyłem jak oburzona znajoma wrzuciła linka do artykułu z Wyborczej. Przebiłem się przez pełne żalu słowa odnośnie naszej zbiorowej homofobii, ksenofobii, a gdy dałoby się, to pewnie jeszcze dowiedziałbym się o fobofobii i zacząłem czytać…

Mhm, dwie panny… Cykają sobie fotki… Siedemnaście lat… O, to może będą cycki… Niee, przecież nie dadzą tego w artykule…

Kiedy przestałem mruczeć pod nosem i zobaczyłem, że ludzie siedzący w autobusie z obrzydzeniem patrzą na moją rozbawioną twarz, doszedłem  wniosku, że jednak nie mogę robić sobie wiecznej przerwy w pisaniu. Ludzie mnie potrzebują, bo chyba już dawno nie zostali zjebani za bycie idiotami. Zatem – Lone, do dzieła!

Drogie siedemnastoletnie artystki!
Jak dla mnie możecie być na dobrej drodze do bycia lesbijkami. Co by nie powiedzieć, nie należycie do kategorii ładnych dziewczyn. No, od biedy może być ta z wystającymi żebrami, co to nie ma biustu. Co prawda, po samym opisie widać, że szału nie ma, ale przynajmniej twarz nie jest jakoś zmasakrowana.
Zaraz… Czy ja widzę piercing na samym środku dolnej wargi?
OK, obie jesteście pasztetami. Ale nie o tym miałem pisać…
Tak więc, jak już wspomniałem, nie jest ważne to, czy jesteście homo czy hetero a także czy umiecie robić zdjęcia artystyczne, czy coś pokroju naszoklasowych jotpegów (bo zdjęciami to ich nie da się określić). Dałyście ciała, bo nie jesteście pełnoletnie a robiłyście sobie akty. „Co z tego?! Przecież to sztuka!” ktoś powie. Zgadzam się – niestety jednak to nijak ich nie ratuje. Genitalia i psie kupy to też sztuka. Trzeba było poczekać do tych osiemnastych urodzin, a potem mogłybyście zostać nawet gwiazdami filmów dla zoofilów i uczynić z faktu bycia posuwaną przez owczarka niemieckiego przykład awangardy sztuki XXI wieku. Skoro jednak nie macie żadnych mocnych argumentów – świećcie oczyma. To w sumie dobra lekcja dorosłości, więc nie dąsajcie się i przyjmijcie na swoje wątłe piersi ciężar niezrozumienia artysty.

Droga dyrekcji!
Chyba sobie żartujecie z tym stwierdzeniem o usunięciu kompletnym zdjęć z Internetu… Przecież to jest droga w jedną stronę – cokolwiek się pojawi zostaje praktycznie na zawsze. Nie musi oczywiście wisieć to na jakimś blogu, ale pewnie ktoś już zapisał to na swoim komputerze i za jakiś czas wrzuci to na 4chana czy jakiś inny przybytek dla zboczeńców. Nie twierdzę, że przy tych fotografiach bym miętosił sobie fiuta, tylko prędzej analizował kadry i oświetlenie wraz z kolorystyką, ale trzeba przyznać, że nawet trafiły w gusta mojej fantazji.
Kurwa, znów schodzę z wątku głównego – a mianowicie, chcecie dokonać niemożliwego. Nie da się tych zdjęć usunąć i tyle. Przełknijcie to, tak jak tę całą szopkę i nie róbcie z siebie idiotów. Wystarczy, że już daliście się tak wydymać Wyborczej.

Droga redakcyjo!
Weźcie się za coś bardziej pożytecznego, niż roztrząsanie takich błahych spraw. Jeśli chcecie być pocieszeniem utrapionych nastolatków, zmieńcie szyld na „WY-BRAVO-RCZA” i latajcie po całej Polsce pytając każdego szczyla, czy jest akceptowany przez swoje otoczenie. A jako, że nie brakuje różnych „przychlastów”, będziecie mieć sporo pracy. Tylko nie wciskajcie ciemnoty z homofobią i podobnymi zagrywkami tam, gdzie nijak się to nie trzyma kupy, dobrze?

A miałem się położyć wcześniej… No i przez was znów poczułem zapał do pisania. Sami się prosiliście.


Dziś będzie inaczej. Nie będę kurwił, nie pojadę nikomu, że jest idiotą, półgłówkiem i pojebanym przymułem – nawet, jeśli jest. Bo dziś… wróć! Bo jutro stanie się cud.

Oczywiście, że ludzie będą umierać, ktoś kogoś na świecie zgwałci, zamorduje, obrazi i porzuci. Ludzie będą popełniać samobójstwa, płacić za seks z brzydkimi dziwkami, które niejednego druta obciągnęły, szantażować swoich bliskich i takie tam. Ale wiecie co? Gówno mnie to będzie obchodziło.

Jeśli ludzie nie potrafią wykorzystać świąt do tego, by choćby na chwilę uczcić triumf człowieczeństwa, to dlaczego miałbym uklęknąć nad nimi? Co innego, jeśli ktoś jest już kompletnie pozbawiony nadziei. Każdemu takiemu podam pomocną dłoń. Przynajmniej w tym pierwszym kroku będę ich wspierał, gdyż resztę powinni odwalić sami.

A teraz zostawiamy to całe łajno tego brzydkiego świata i… spójrzmy, jak pięknie wygląda ośnieżony grudniowy wieczór…

Kurwa, pada deszcz!

Kurwa, miałem nie kurwić!!

No nie ważne. O co mi chodzi – oderwijmy się od rzeczy materialnych i wykorzystajmy ten czas na naprawę naszego życia. Możecie drwić sobie ze świąt, ale… serca jednak miękną. I wszystko wydaje się takie łatwiejsze, cichsze i spokojniejsze.

Moim wytrwałym czytelnikom (albo – szczególnie im) składam szczere życzenia. Nie wiem, czy w cokolwiek wierzycie, czy nie, ale myślę, że każdy potrzebuje takiego powrotu do niewinności, jaki serwuje nam Wigilia. I na koniec, zamiast kolęd (choć i one są przyjemne), polecam odsłuchać TEGO kawałka (dla niekumatych – Olli’s Jazzy Holiday Greetings).

Trzymajcie się ciepło! :)


Kliknij, by powiększyć.

Zebrało się mu na wspomnienia… Też coś! Przecież nie powinien ich mieć – stworzyłem go ledwo pół roku temu.


Obudził mnie dziś lament. Przekręciłem się na drugi bok, ale nadal słychać było jęki i krzyki.

„Idź stąd…” – wymamrotałem.  „Mówiłem, że dziś nie chcę…” :: mamrot ::

Głośniejszy krzyk i eksplozja obudziła mnie na dobre.

„… ale nie wypluwaj!” – krzyknąłem nie w pełni świadom, co robię.

Wybuchła panika w państwie Polskim. Otóż dziś dowiedziałem się, że zamieniamy się w państwo wyznaniowe. Chodzi oczywiście o pomysł, żeby zrobić małą zabawę z Ctrl+C & Ctrl+V na godle państwowym. Ukrzyżować orzełka, jak stwierdzili co niektórzy.

Tak więc zrobiłem sobie spory zapas kawy, kanapeczek z gęsią i śliwką i uradowany, że coś się będzie działo, wyjrzałem przez okno.

A tam nic. Kompletnie nuda. Taka, kurwa mać, typowo jesienna. Ot, gdzieś w krzakach ruchały się psy, jakiś bej leżał obok swojego wczorajszego śledzika (bynajmniej nie tego z naszejmyślnikklasykropkapeel). Nikt nikogo nie biczował, nie było samosądów niewierzących, rozpustnicy nie czołgali się z wyprutymi flakami i odciętymi penisami. Ba, nawet żadnego murzyna nie spalili! (Dlaczego mieli by to zrobić? Nie wiem, ale pewnie byłoby fajnie.) Poczułem się rozgoryczony. Tyle kawy poszło na nic!

Chwilę potem dowiedziałem się, co też mnie wyrwało ze snu. To te rozlazłe cipki z BLIPa oznajmiały światu, że mamy tu apokalipsę. Niestety się troszkę przeliczyli, bo tak naprawdę chyba nikt nie brał tego pomysł na serio. No, może oprócz prezydenta… Jeśli coś się zmieniło, to proszę mnie doinformować, bo jestem zbyt leniwy, żeby sobie poszukać informacji.

I tak pomyślałem – co z krzyżami w urzędach lub szkołach? Bo wiedziałem, że ten temat wróci. Nie myliłem się, bo zaraz Ci walczący o wiarę w nic wyskoczyli przed szereg, robiąc z siebie kretynów. Chcecie powiedzieć, że mamy zmusić ludzi, żeby zdjęli znak swojej religii, ingerując w ich wolność poprzez ograniczanie jej?

Zanim pojawią się jakiekolwiek głosy dyskusji tutaj, na blogu, zakończę wasze jałowe gdybania, co by tu z tym fantem zrobić. Powinna być przyjęta zasada „Cuius regio, eius religio”. Dla niedouczonych z lekka – „Czyja władza, tego religia”. Dla niedouczonych wybitnie – już tłumaczę. Na przykład dyrektor szkoły określa, czy można wieszać jakiekolwiek znaki religijne. I tyle. Przecież krzyż nie gryzie. A jeśli brakuje Ci na ścianie go, to zawieś swojemu dziecku, żeby miał przy sobie. A jeśli kole w oczy jego obecność (tudzież: brak) – cóż, widać gówno wiesz, czym jest tolerancja.


Od najmłodszych dni wszyscy wbijają nam do naszych łbów – bądź dobry, miły, honorowy, prawdomówny, uczynny (tudzież: to wszystko w formie żeńskiej – odmieńcie sobie same, mnie nie chce się tego przepisywać). Przecież tak powinniśmy się zachowywać. Nasze autorytety skądś to wiedzą. Od starych, mądrzejszych od siebie. A my od nich. Jeśli będziemy się trzymać ich, to i my będziemy mogli przekazywać swoim pociechom, jak powinny się zachowywać. Koło się zamknie, a my będziemy mogli spokojnie umrzeć. Pozostawiliśmy za sobą spokój i lepszy świat.

Czy aby na pewno?

Od czasu, kiedy uzyskaliśmy świadomość i jako taką dorosłość mentalną, zauważyliśmy, że każdy chce każdego wyruchać. Fizycznie – jak najbardziej. Ale także pod względem ideowym. Obiecujemy, przysięgamy, zarzekamy się, prawimy, wykrzykujemy credo unosząc pięści. Okłamujemy, łganie wchodzi w krew, mijamy się z prawdą, zwodzimy i wbijamy nóż w plecy. Robimy to wszystko, żeby nie dać się zwieść samemu. Przecież i tak świat się nie zmieni, jeśli my będziemy prawdomówni.

Czy aby na pewno nie?

* niepotrzebne skreślić

Jak to więc będzie? Po której stronie staniesz? Teraz jest twój czas. Korzystaj z okazji, że jest ta gwiazdka w tytule i zajmij stanowisko. Dokonaj wyboru, a przestanę tobą gardzić. Chociaż nie, po prostu będę czuł mniejsze obrzydzenie.

Wybierzesz świętość, czy może pospolite gówno?


Odkryj świat niczym z powieści Paulo Coelho.

Tymi słowami reklamowany jest film „Granice Miłości”. Nie wiem, czy agencja reklamowa kierowała się naiwnością osób, które często czytają tego autora, czy jest to jakiś skrót myślowy. Wytłumaczę więc wam, maluczkim, co według mnie to oznacza i w jakim stopniu nasz świat jest różny od tego filmowo-książkowego.

Wyobraźmy sobie nasz świat. Jaki jest? No, tutaj każdy z nas może użyć stosu inwektyw. Wszyscy narzekają, nikt nie chce mieć z nim nic wspólnego. No bo kto przy zdrowych zmysłach chciałby być kojarzonym z krzywdą wyrządzoną niewinnym, dziećmi w Afryce głodującymi przez wyzysk korporacji i inne takie rzewne banialuki. Chcemy być lepsi. Chcemy być także kochani. No i ostatecznie chcemy zachwycać się otaczającym nas pięknem dnia codziennego.

A więc mamy taką kalkę z naszego świata, brudnego, złego, zimnego. Mamy też bohatera czy raczej bohaterkę (bo wiadomo, kobiety częściej mają pragnienia wymienione wyżej). Żyje sobie, jest jej nijak i oczekuje księcia. A oto na horyzoncie pojawia się ten jedyny. Zeskakuje z konia i z pięknymi słowami, przepełnionymi mądrością tajemną (o, przepraszam, raczej Mądrością Tajemną), zacąga ją do łóżka. Zanim pojawi się tekst na okładce tylniej dowiemy się, że ona go rzuca, bo tak nie może/potrafi/chce żyć, zwątpi w to, w jaki sposób dotychczasowo myślała i wróci do niego. Ten doprowadzi ją do potrójnego orgazmu, koniec kropka.

No dobra, może zazwyczaj jest trochę inaczej, ale tutaj właśnie pojawia się pytanie – jak powinna wyglądać fabuła, żeby pasowała do oczekiwań przeciętnej czytelniczki Mr. Coelho? Jedni powiedzą, że powinien to być uproszczony do granic możliwości gniot. Trudno jednak zgodzić się z tymi ludźmi, bo najwidoczniej sami mają problemy z własnym wnętrzem i bynajmniej nie chodzi mi tu o jelita. Z drugiej strony mamy nawiedzonych fan-boys (tfu, raczej fan-girls), którzy w psiej kupie, liściu wpieprzanym przez larwę czy też karambolu na autostradzie widzą głębszy sens. Pobudka, marzyciele! Witajcie w prawdziwym świecie!

Myślę, jedynym rozwiązaneim będzie kontakt z tą firmą reklamową i zapytanie się wprost – co to niby oznacza. Trzymajcie za mnie kciuki.


Nowy wygląd

03lis09

No i jak wam się podoba nowa odsłona bloga? Wiem, ja też miałem większe wymogi, ale w końcu wybrałem ten motyw. Cholerne wymogi estetyczne. Niestety, ale poprzedni wygląd był bardzo ograniczony (mniej więcej, jak autor tego bloga, he he), przez co szersze obiekty takie jak obrazki i inne takie nie mieściły się w kolumnie. Mam nadzieję, że teraz będzie lepiej.

A co do zawartości – tutaj zmian na razie nie przewiduję. Jak zawsze w sposób bezpośredni będę opisywał, na co mam kaprys, a wy będziecie mnie wychwalali w kosmos. A na tapecie w najbliższym czasie o prawdzie, a także coś na kształt (kto wie, być może głosowych…) recenzji paru płyt. Trochę też znajdzie się po drodze tematów, więc na nudę raczej nie będziecie narzekać.

Nie pozostaje mi nic innego, jak… przywitać was po przerwie. Wiedziałem, że nie mogliście wyżyć beze mnie. No, chyba, że te odwiedziny były kompletnie przypadkowe, w co wątpię. Niestety ja też nie potrafię obyć się bez pisania. Zapraszam więc do czytania, komentowania i bluzgania na mailu, który, jak przypominam, uległ zmianie. Od jakiegoś czasu możecie żalić się na chujową jakość tekstów pisząc na lone@onet.pl. Tak samo z Jabberem, którego zmieniłem jeszcze dawniej – lone@jabber.org. W najbliższym czasie czeka nas wszystkich jeszcze jedna zmiana, ale o niej roztrąbię tak głośno, że nawet na Uranie usłyszą przenikliwe trzaski.

No to nara.


Fin de siècle

17paź09

Pan Lone miał plan. Miał wizję tego, jak będzie wyglądało jego życie. Jak będzie wyglądało to miejsce. To miał być bardzo dobry sposób na twórcze spełnienie. Miał zachwycać, denerwować, przekazywać część siebie.

Wczoraj, dnia 16 października roku Pańskiego 2009 skończyło się wszystko.

Jeśli kiedykolwiek wrócę do jakiegokolwiek pisania, pewnie tutaj to umieszczę. Nie liczyłbym jednak na szybki powrót.

Żegnajcie. Nie macie czego tu szukać.


Ktoś kiedyś stwierdził, że media przytępiają wrażliwość. Nie pamiętam, kto to był, ale podejrzewam, że sam nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo ma rację. Bo tak naprawdę czym jest tragedia? A raczej – czym jest w naszych czasach tragedia?

Jeśli ktoś miałby tyle czasu do zmarnowania i zapytałby się mnie, usłyszałby potok słów, który mniej-więcej można by zmieścić w jednym, dość obco brzmiącym, słowie: NEWS. Nius po naszemu, jakkolwiek to debilnie pisze się i brzmi.

Nie wiem, ile ludzi zginęło w falach tego tsunami. Jak ktoś raczy w komentarzu wrzucić suche statystyki, będę wdzięczny. Tak – same liczby. Nic innego mnie nie obchodzi.

Wiem, że każde z tych niezidentyfikowanych ciał miało imię i nazwisko. Mieli rodzinę i znajomych. Mieli życie. Może gówniane, może dobrze im się powodziło. Jedno jest pewne – teraz, ani nigdy później, nie jestem tego ciekaw. Umarli i nie należy ich nie-żywota przedłużać.

Media tępią naszą wrażliwość. Widzę to po wszystkich tych gnojach w garniturach i szmatach z plakietkami o walkę w imię jakiejś tam kolejnej idei. Każą wysyłać SMS-y po 3,66 PLN, żeby ratować jakiegoś brudasa, o którym normalnie w żaden sposób nie pomyślelibyście dobrze. Tak, zapalanie wirtualnych zniczy i przelewanie śmiesznych sum na konto Caritasu to nie jest pomoc dla ubogich ani wyraz współczucia. To tylko poza, wykaz ludzi obłudnych, którzy chcą pokazać, jacy to oni dobrotliwi.

Jeśli chcesz zrobić coś dobrego, to zamiast kupować butelkę wody, z której to sprzedaży parę nędznych groszy pójdzie na pomoc dla Afryki, lepiej żebyś wyszedł na ulicę. Wyszedł w tę zimną, październikową noc, opatulony ciepło i zobaczył, jak żyją Ci, którzy nie są tak samo inteligentni, zdolni czy po prostu nie mieli tyle farta co ty. Bo co tam drogowcy, którzy dali się (znów) wydymać zimie! To ci wszyscy, którzy istnieją, chociaż są niewidoczni. Niewidoczni, bo media pokazują nam transmisję na żywo z miejsca straszliwych tragedii. I winię ciebie za to.  Tak, ciebie. Bo to ty oglądasz z przeświadczeniem, że to sami święci i aniołowie z nieba przemawiają. Tymczasem jesteś pięknie pakowany w kakao. No, chyba, że płacisz za dekoder jakiejś platformy. Wtedy to anal w wersji full high definition.

Jeśli pomożesz komuś, będziesz miał wkład w dobro. Każda osoba uratowana będzie swoistym pomnikiem człowieczeństwa. Jeśli nie umiesz tego zrobić – to bądź chłodno-neutralny. Bo bycie nieczułym nie jest złe. Jest średnio-złe. Największym upodleniem jest ustawianie się odpowiednio w kadrze, aby lepiej było widać smutek na twarzy. Jeśli chcesz dalej robić coś takiego – spierdalaj z mojego bloga. To nie miejsce dla Ciebie.

Co ja będę rozdrabniał się, kiedy Banksy już wcześniej dobrze oddał sedno tego w swojej grafice…

Banksy


Na początek filmik wprowadzający:

A teraz pytanie za sto zylionów punktów: kto chciałby się z tą uroczą (?) prezenterką przespać? Pytanie serio, gdyż część userów Wykopu zaśliniła mi monitor komentarzami, których spodziewałbym się albo po 65-latkach, którzy ciągną celibat przez większość swojego życia, albo po desperatach. Ja wiem, żarty, śmiechy i chichy, ale… no nie wiem, niesmak mi pozostał.

Dzięki Sebek za linka!



Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.